Vision Quest – Poszukiwanie Wizji

Vision Quest jest szczególnie interesującym rytuałem przejścia, który przyciąga coraz więcej ludzi poszukujących połączenia z ich głęboką naturą. Występuje w prawie wszystkich społecznościach Ameryki Północnej w Ameryce Południowej, ale także w różnych odmianach w tradycji celtyckiej, a także w Afryce i na Syberii. Początkowo był to rytuał wejścia w dorosłość, pod koniec którego młody człowiek otrzymał nowe imię przypominające wizję, którą otrzymał. Tak więc słynny Crazy Horse – Szalony Koń, którego imię oznacza w języku Lakota „jego konie mają święty ogień”,  miał Wizję, że jedzie na koniu, który przeciął chmurę z kul i strzał bez jednego zranienia. Poza funkcją społeczną jest to rytuał, który jest środkiem do kontaktu ze światem duchów.  Nierzadko zdarzało się, aby mężczyzna w ciągu swojego życia decydował się na kilka Poszukiwań Wizji, aby pielęgnować relację z duchami natury.
Zasadniczo wszystko zaczyna się od historii. Wszystko sprowadza się do: mitu, historii, podróży bohatera, odysei, wyprawy i powrotu. W rodowym sercu ludzkości, w ponadczasowej przygodzie rytuałów przejścia, w krainie wszystkich możliwości.

Na całym świecie ludzie odbywają pielgrzymki. Idą aby odnaleźć znak, odpowiedź, konfrontację. Zadanie połączone jest z niebezpieczeństwem. Bez niebezpieczeństwa brak jest opowieści, bajki, odysei. Jest to opowieść, polegająca na tym, że jesteś całkowicie odpowiedzialny za siebie, bez pomocy i kul jakie daje ci społeczeństwo, całkowicie odsłonięty między niebem a ziemią. Zaangażowanie zarówno w najprostszą rzeczywistość życia, jak i przetrwania w konfrontacji z najgłębszymi intymnymi demonami.

Wyruszyłem na poszukiwanie wizji, robię to już nie pierwszy raz ale zawsze odczuwam ten niesamowity dreszcz emocji, co nowego się pojawi tym razem? Jakie odpowiedzi otrzymam od matki natury?

Kim więc jestem?

By znaleźć odpowiedz na te pytanie, z pewnością konieczne jest podjęcie ryzyka, realnego, namacalnego niebezpieczeństwa, próby – strach, który należy pokonać. Kiedy cztery dni temu podjąłem decyzję, a która kiełkowała już we mnie od jakiegoś czasu, pojawiało się wiele pytań związanych z tym co się wydarza obecnie na świecie w czasie koronawirusa, na które do końca brak mi odpowiedzi. I wyruszyłem w przepiękne góry sudeckie by znaleźć miejsce mocy w którym spędzę 4 dni bez jedzenia i z niewielką ilością wody. Miejsce, które przywita mnie w tym czasie samotności. Pierwsze miejsce, które pojawiło się było przepiękne ale jak dla mnie zbyt blisko drogi, którą wędrują ludzie. Miejsce które wybrałem słuchając instynktu okazało się środkiem przecudnego lasu na zboczu wzgórza biegnącego z zachodu na wschód oraz  z obietnicą wschodów i zachodów słońca. Tu tez zaczyna się malusieńki potoczek który to pojawia się to znika pod ziemią cały czas śpiewając w magiczny sposób. Wcześnie przygotowałem mój mały plecak, śpiwór, karimatę hamak z moskitierą, który zawsze towarzyszy mi w takich wyprawach, olejek z drzewa herbacianego i małe urządzenie do wyciągania kleszczy i mój szamański woreczek na szyję, w którym mam ucho i łapę wilka, które otrzymałem od szefa indian Garihwa w Kanadzie, są tam też zioła do oczyszczania.

Nie planuję niczego, puścić wszelką kontrolę, świadomość, że godziny będą długie, a czasem puste, jakby w innym czasie.

Tracimy kontrolę głowy pozbawieni kontaktów społecznych…

Kiedy odnalazłem moje miejsce mocy zacząłem rozpakowywać plecak ale jakie było moje zaskoczenie! Nie zabrałem mojego hamaka. Pierwsza niespodzianka w tej przygodzie, będę spał na ziemi bez jakiejkolwiek ochrony przed insektami, żmijami i deszczem. Ciekawie się zapowiada, miejsce emanuje przepiękną energia i magią. Postanawiam sklecić sobie mały szałas na wypadek deszczu, jak mówi arabskie przysłowie ufaj bogu ale przywiąż wielbłąda, trochę komfortu czemu nie. Otacza mnie bajka, niesamowite głosy ptaków, insektów poszczekiwanie jeleni, i magia natury. Tak mija mój pierwszy dzień, kiedy przychodzi noc i pojawia się ugwieżdżone niebo, odczuwam totalny spokój. Kilka miesięcy temu przechodziłem podobny rytuał w dzikim lesie Kanady, to samo uczucie absolutny spokój i cisza. Wspaniałe momenty kiedy łapię się na tym, że mój mental wyprowadził mnie gdzieś daleko, śmieję się sam do siebie. Każda noc wypełniona snami, które przynoszą odpowiedź. W drugim dniu niespodzianka, odkrywam w plecaku dwie karty tarota Zen które nie powinny się tam znaleźć. ‚Płyń z nurtem’ i ‚tu i teraz’, czy to nie wspaniały przekaz? Czuję, że powoli stapiam się z naturą, która mnie otacza, że znikam, nie znając już górnej części dna, prawej strony, lewej, ostatecznie rozpuszczam się, by należeć do tej chwili dokładnie w tym momencie i tym życiu, kruche, ekscytujące, nieskończone.

Po 3 dniach poruszam się tylko w zwolnionym tempie, od miejsca, w którym śpię, do miejsca, w którym mogę usiąść nad małym strumykiem. Medytuję nad starym próchniejącym drzewem, które powoli rozsypuje się by zasilić ziemię. Przypomina kartę zen, którą znalazłem w plecaku ‚płynąć z nurtem’. Mam obsesyjne sny o rozdzielaniu uli na każdym plastrze, raz pojawiają się obrazy starych wojowników i wojowniczek indiańskich to znowu fotografie czarno-białe ludzi z europy. Przychodzi do mnie szef Indian Garihwa z Kanady, to znowu Goyo szaman z dżungli peruwiańskiej, Petras – Szaman z Litwy wysyła do mnie ptaki. W ostatnią noc przeleciały nade mną 33 kruki, pierwszy raz widziałem taką ilość kroków, by było zabawnie 33 to moja liczba numerologiczna. Bez kontaktu, jedzenia, rozproszenia, spędzam dni w tej przestrzeni między światami. Pozwalając umysłowi stracić głowę, aby znaleźć rytm serca. Martwi mnie mój oddech, co jeśli przestanie bić to serce w mojej klatce piersiowej? A jednocześnie bawię się świadomością oddechu. Kwestie życia i śmierci, istota przemijania.

Ostatniej nocy niebo zachmurzyło się. W myślach wezwałem istoty żyjące w tym magicznym miejscu, by podziękować i pożegnać się z nimi. Przez te wszystkie dni myślałem o istotach, które kocham, o tych, które kochałem lub których nienawidziłem, o tych wszystkich, którzy tworzą moje życie. Jest to okazja by wziąć dystans. Umysł staje się czysty, klarowny. Widok wyostrza się, podobnie jak wszystkie zmysły. Magia, która występuje jeśli tak można powiedzieć; jak wszystkie inicjacje, rytuały przejścia, po prostu jest przeżywana w jakimś innym wymiarze. Prawdziwe doświadczenie święte, rzadkie, głęboko nietykalne. Droga do domu była długa, okazało się, że po 4 dniach bez jedzenia i picia nie jest to takie proste. Doświadczenie jakie miałem okazje przeżyć po raz któryś już w tym życiu jest jak baśnie, które tak uwielbiam. I to niesamowite połączenie z naturą kiedy czujesz się jednym. Jeśli moja opowieść jest chaotyczna to przepraszam, ale jeszcze jestem w innej przestrzeni a moim pragnieniem było podzielić się ta przepiękną bajka.