Justyn, Szkoła Tantry Serca, Formacja Psychodynamiki Relacji i Komunikacji Ciała, sp. 2, 2025

Minęło już parę miesięcy od drugiego spotkania Rysi, a ja dopiero teraz poczułem, że jestem w stanie podzielić się swoimi przemyśleniami, czy też subtelnymi odczuciami. Dopiero na tych warsztatach dobitnie sobie uświadomiłem, że praktycznie całe moje życie gram „pod publikę”. Ubierałem różne maski, żeby grać tego idealnego, najlepszego w grupie. Dobierałem nawet „gry” tak, żeby mieć w nich najlepsze szanse – jeśli ktoś, kogo znałem był już w czymś dobry, to w ogóle nie próbowałem w niej brać udziału. Nieważne, czy to byłaby gra w piłkę, naprawianie samochodu czy taniec – jeśli nie było dużej szansy, że będę w tym najlepszy (lub kosztowałoby mnie to zbyt dużo wysiłku), to stroniłem od udziału. To wszystko powodowało, że albo byłem sztuczny, albo zamknięty w sobie. Patrząc na różne sytuacje z przeszłości widzę, jak często byłem rozchwiany pomiędzy tym, co chciałem zrobić, tym, co myślałem, że oczekują ode mnie inni, a tym, co wydawało mi się słuszne. Niezależnie od wyboru czułem się jak oszust, zdrajca, czy zwykły nierób – albo w stosunku do samego siebie, albo innych.

Dopiero teraz mogę powiedzieć, że zacząłem to zauważać i próbować zmieniać – „robić coś inaczej”. Zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że to, co ja myślę, że ktoś myśli / oczekuje ode mnie, często bywa totalną bzdurą i bierze się z moich własnych projekcji. Te warsztaty są na tyle długie i na tyle intensywne na wielu płaszczyznach, że po prostu nie da się cały czas udawać i w końcu coś pęka, coś wypływa, coś zostaje zauważone i właśnie wtedy można coś z tym zrobić. A warsztat pracuje jeszcze długo, długo po i „uderza” czymś ciekawym nawet pod prysznicem 🙂

Właśnie z tych „rozmyślań pod prysznicem” przypomniało mi się jedno z przełomowych wydarzeń w moim życiu, na które spojrzałem pod kątem właśnie tego grania pod publikę. Zawsze starałem się być dobry w szkole – nie zawalać sprawdzianów, być ulubieńcem nauczycieli, itd. Przede wszystkim też nie chciałem zawieść rodziców, stąd zawsze moją największą obawą było nie to, że egzamin zawalę, tylko to, jak na to zareaguje moja mama. Gdy poszedłem na studia, groziło mi oblanie pierwszego roku – pierwszy, termin, drugi termin i w końcu ostateczny termin ostatecznego egzaminu, od którego zależało moje być albo nie być. Stres ogromny, bo przecież świat się zawali, moja mama będzie mną zawiedziona, będzie jej wstyd przed resztą rodziny… W końcu stało się – oblałem, nie było już możliwe żadne odwołanie. I… świat się nie zawalił, rodzice nie zerwali ze mną kontaktu, nie przestali mnie wspierać, znajomi się nie wyparli. Paradoksalnie był to najlepszy rezultat, bo pękł mój balon stresu, podjąłem pracę (miałem dużo czasu, nadganiałem tylko 3 przedmioty w skali roku) w mniej więcej kierunku studiów, poznałem świetnych ludzi. Przede wszystkim poczułem ogromną ulgę, że już nie muszę się tak spinać i przekraczać siebie.

Wciąż widzę, że usiłuję wchodzić do starego koryta, łapię się na zakładaniu masek, chowaniu, zamiataniu pod dywan, ale jednocześnie mam wiarę w to, że da się inaczej i to wszystko ma sens, nawet jeśli ja go w danej chwili nie widzę 🙂